Marcin Adam Bąk: Rutyna to droga prowadząca do rozwoju i sukcesu

  • 23 lutego 2026 /

- Rutyna to środowisko, w którym czuję się najlepiej. Nie wiem, dlaczego to pojęcie nabrało dziś tak pejoratywnego znaczenia. Często mówi się, że rutyna oznacza nudę czy stagnację, a dla mnie jest dokładnie odwrotnie — to droga prowadząca do rozwoju i sukcesu. Bruce Lee powiedział kiedyś: „Nie boję się człowieka, który zna tysiąc kopnięć. Boję się tego, który tysiąc razy trenował jedno kopnięcie”. Ta myśl jest mi szczególnie bliska. Wierzę, że powtarzalność pewnych działań to jedyna skuteczna metoda osiągania mistrzostwa — niezależnie od dziedziny życia. Przy okazji kształtuje charakter, uczy konsekwencji i cierpliwości. - mówi Marcin Adam Bąk, felietonista magazynu Law Business Quality, muzyk i inicjator projektu Sound Avenue, autor książki „Nie zawiedź mnie”.

Twoja debiutancka powieść „Nie zawiedź mnie” jest niezwykle dojrzała emocjonalnie i wielowymiarowa. Co było impulsem, który skłonił Cię do napisania tej książki i sięgnięcia po formę thrillera psychologicznego?

Impulsem do napisania „Nie zawiedź mnie” była przede wszystkim potrzeba opowiedzenia o prawdziwej, bezwarunkowej więzi między ludźmi — o przyjaźni, która we współczesnym świecie wydaje się coraz rzadsza, a jednocześnie pozostaje jednym z najcenniejszych doświadczeń, jakie możemy przeżyć. Mam wrażenie, że dziś wiele relacji zaczyna przypominać kontrakty biznesowe — są warunkowe, oparte na wzajemnych korzyściach i wygodzie. Tymczasem prawdziwa przyjaźń nie kalkuluje, nie ma terminu ważności i trwa również wtedy, gdy nie przynosi żadnych „zysków”. Tęsknota za taką relacją stała się jednym z fundamentów tej historii i skłoniła mnie do oddania jej swoistego hołdu.

W powieści starałem się pokazać różne oblicza przyjaźni — zarówno tę, na której może zbudować się relacja damsko-męska, bo wierzę, że miłość oparta na przyjaźni jest najtrwalsza i najbardziej prawdziwa, jak i przyjaźń męską, często niewyrażaną wprost, ale niezwykle silną i pozbawioną rywalizacji. To właśnie ona daje mężczyźnie poczucie oparcia, siły i bezpieczeństwa, pozwala być sobą bez masek i bez konieczności udowadniania czegokolwiek. Chciałem pokazać, że taka więź potrafi ocalić człowieka — albo stać się jego największą słabością.

Forma thrillera psychologicznego wydała mi się do tego idealna, ponieważ pozwala zajrzeć głęboko w psychikę bohaterów i pokazać, jak silne emocje — lojalność, strach przed utratą, poczucie zdrady czy obsesja — potrafią prowadzić do dramatycznych wyborów. Interesowało mnie nie tylko to, co się wydarzy, ale przede wszystkim dlaczego.

Zależało mi na książce, która wciąga od pierwszych stron, ale nie opiera się wyłącznie na akcji. Thriller psychologiczny daje możliwość stopniowego odkrywania prawdy i operowania perspektywą, co uważam za niezwykle ekscytujące w pisaniu.

W książce poruszasz tematy winy, miłości, odkupienia oraz granic moralności. Czy inspiracją do stworzenia tej historii były osobiste doświadczenia, obserwacje społeczne, czy raczej refleksje filozoficzne nad naturą człowieka?

Najbliżej prawdy byłoby powiedzieć: ze wszystkiego po trochu. Ta historia wyrasta zarówno z osobistych doświadczeń, jak i z opowieści zasłyszanych od innych ludzi oraz z cichej refleksji nad własnym losem i naturą człowieka. Wiele zawartych w niej emocji ma swoje źródło w tym, co wydarzyło się naprawdę — choć niekoniecznie w takiej formie czy kolejności, w jakiej zostało opisane, lecz w bardzo podobnym natężeniu uczuć.

Interesowało mnie przede wszystkim to, co dzieje się w człowieku, gdy staje wobec winy, miłości czy konieczności przekroczenia własnych granic moralnych. Takie sytuacje nie są przecież abstrakcyjne — rodzą się z życia, z obserwacji innych, z rozmów, z własnych przeżyć i wątpliwości. Dlatego w książce splatają się elementy bardzo osobiste z tym, co uniwersalne i wspólne dla wielu ludzi.

Można więc powiedzieć, że to nie tyle zapis konkretnych wydarzeń, ile próba uchwycenia prawdy o ludzkich emocjach  — tych, które pozostają niezmienne mimo upływu czasu i doświadczeń.

Główna bohaterka, Klara, przechodzi ogromną wewnętrzną przemianę – od świata mediów i blasku reflektorów do działań społecznych. Co symbolizuje dla Ciebie ta postać i jakie wartości chciałeś poprzez nią przekazać czytelnikom?

Nie tylko Klara przechodzi w tej historii głęboką wewnętrzną przemianę — podobną drogę ma za sobą również Marvin. Oboje spotykają się dopiero wtedy, gdy są już „po transformacji”, jakby życie — a może cały wszechświat — czekało na dokładnie ten moment, w którym będą na to spotkanie gotowi. To trochę tak, jakby istniał precyzyjny plan, który wiedział, kiedy ich drogi powinny się przeciąć, aby mogli naprawdę zobaczyć siebie nawzajem i stworzyć coś trwałego.

Ta relacja jest w pewnym sensie ukłonem w stronę moich osobistych doświadczeń, a jednocześnie formą bardzo intymnego odsłonięcia prywatności — bo z moją narzeczoną spotkaliśmy się właśnie po własnych nawróceniach i głębokich przemianach życiowych. Takie rzeczy naprawdę się zdarzają. Czasem życie przygotowuje nas latami do spotkania z konkretną osobą, z „tą” duszą. My sami często mówimy, że dziś tworzymy idealny zespół, ale kilka lat wcześniej ten związek prawdopodobnie nie miałby szans przetrwania.

Fascynuje mnie ta precyzja losu — to, jak potrafi dopasować momenty, ludzi i okoliczności, by pewne spotkania mogły w ogóle zaistnieć. Poprzez Klarę i Marvina chciałem pokazać, że prawdziwe relacje rodzą się nie tylko z uczuć, lecz także z gotowości, dojrzałości i odwagi, by najpierw zmienić samego siebie.

Wątek Marvina – byłego gangstera próbującego zerwać z przeszłością – stanowi niezwykle silny element fabuły. Czy jego historia ma pokazać, że człowiek zawsze niesie konsekwencje dawnych wyborów, czy raczej daje nadzieję na możliwość odkupienia?

Historia Marvina może być odczytywana na dwa sposoby, ale wydaje się, że jej głębszy sens łączy oba te wymiary. Z jednej strony pokazuje, że konsekwencje naszych wyborów i czynów są nieodłączną częścią ludzkiego życia — niejako zapisują się w jego treści. Mówi o tym wiele religii, filozofii czy choćby idea karmy: to, co robimy, prędzej czy później do nas wraca i kształtuje naszą rzeczywistość.

Jednocześnie jednak wątek ten niesie silnie pozytywne przesłanie. Podkreśla, że niezależnie od przeszłości człowiek w każdej chwili może spróbować zacząć od nowa i niejako stać się „nowym człowiekiem”. Nie dotyczy to wyłącznie kwestii moralnych czy win wobec innych, lecz także wszelkich słabości, którym ludzie ulegają — nałogów, uzależnień, autodestrukcyjnych zachowań czy mechanizmów niszczących osobowość i poczucie własnej wartości.

Historia Marvina przypomina więc, że choć nie możemy wymazać przeszłości, nie jesteśmy przez nią całkowicie zdeterminowani. Każdy dzień życia jest darem i nową szansą — momentem, w którym można podjąć inne decyzje niż wcześniej, przerwać błędne koło i zacząć budować siebie na nowo. To opowieść nie tyle o nieuchronności kary, ile o trudnej, ale realnej możliwości przemiany.

Thriller opiera się na napięciu, ale w Twojej książce bardzo wyraźnie obecny jest także wymiar duchowy i refleksyjny. Jak wyglądał proces łączenia dynamicznej fabuły z głęboką analizą emocji i ludzkiej psychiki?

W moim przypadku to połączenie było czymś zupełnie naturalnym. Jestem przekonany, że jako ludzie jesteśmy o wiele bardziej złożonymi istotami, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Thriller daje możliwość pokazania skrajnych sytuacji, a właśnie wtedy najpełniej ujawnia się to, co w nas ukryte — lęki, pragnienia, pytania o sens i granice własnego „ja”.

W moim życiu nie brakowało doświadczeń na pograniczu metafizyki, w których duchowość była czymś równie realnym jak świat materialny i cielesność. To sprawiło, że nie traktuję tych sfer jako oddzielnych — one współistnieją i wzajemnie na siebie wpływają. Dlatego w książce dynamiczna akcja nie wyklucza refleksji, lecz staje się dla niej naturalnym tłem.

Mam świadomość, że nasze istnienie jest wielowymiarowe — funkcjonujemy jednocześnie na poziomie fizycznym, emocjonalnym, psychicznym i duchowym. Pisząc, staram się uchwycić właśnie tę złożoność, bo dopiero ona sprawia, że bohaterowie stają się prawdziwi, a napięcie nie jest tylko mechaniczne, lecz dotyka czytelnika na głębszym poziomie.

Jesteś muzykiem, gitarzystą i twórcą projektów artystycznych m.in. Sound Avenue. W jakim stopniu pasja do muzyki wpływa na Twój sposób pisania, budowania nastroju i konstruowania emocjonalnej narracji?

A to ciekawe pytanie. Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałem. Nie mam żadnego formalnego wykształcenia ani muzycznego, ani dziennikarskiego — u mnie to się po prostu dzieje. Sam akt tworzenia przychodzi jakby znikąd i nie mam nad nim pełnej kontroli. Czy to słowa, czy dźwięki, wszystko po prostu się ze mnie wylewa, a ja czuję się bardziej jak narzędzie niż autor.

Czasem pojawia się nagły, niemal fizyczny głód, żeby przelać jakieś emocje — i wtedy wchodzę w coś na kształt transu. Nastrój, obrazy, rytm zdań czy melodii układają się same, bez planu i kalkulacji. Muzyka na pewno ma wpływ na to, jak buduję emocjonalną narrację, ale nie w sposób świadomy — raczej intuicyjny. To bardziej stan, w którym pozwalam, żeby coś przeze mnie przepłynęło, niż proces, który próbuję kontrolować.

Sport i aktywność fizyczna często uczą dyscypliny, wytrwałości oraz pokonywania własnych ograniczeń. Czy te wartości miały wpływ na proces twórczy oraz pracę nad debiutancką powieścią?

Zdecydowanie tak — dyscyplina była jednym z fundamentów pracy nad książką. Zawodowo funkcjonuję w zupełnie innej rzeczywistości, w której obowiązki pochłaniają ogromną ilość czasu i wymagają stałej dyspozycyjności. Nierzadko oznacza to 13–15-godzinny dzień pracy.

Połączenie tego z grą na gitarze — instrumentem wymagającym codziennych ćwiczeń, by utrzymać odpowiedni poziom — pisaniem felietonów do gazety, z którą jestem związany i która zapoczątkowała moje literackie otwarcie na świat, regularnymi treningami fizycznymi (co najmniej trzy razy w tygodniu) oraz pracą nad książką wymagało ode mnie ogromnej samodyscypliny. Często wiązało się to także z rezygnacją z cennego czasu przeznaczonego na odpoczynek czy sen. Nie żałuję jednak, bo było warto.

Ten wysiłek przyniósł nie tylko efekt w postaci ukończonej powieści, ale również poczucie wewnętrznej siły i sprawczości. Jestem osobą zadaniową — najlepiej funkcjonuję, gdy mam jasno wyznaczone cele na każdy dzień. Ich realizacja daje mi poczucie porządku, kontroli nad codziennością oraz ogromną satysfakcję, która napędza mnie do dalszej pracy twórczej.

Z tego, co mówisz, można odnieść wrażenie, że dobrze odnajdujesz się w jasno uporządkowanym rytmie dnia i nie traktuje codziennej rutyny jako ograniczenia, lecz raczej jako wsparcie w działaniu?

Tak — rutyna to środowisko, w którym czuję się najlepiej. Nie wiem, dlaczego to pojęcie nabrało dziś tak pejoratywnego znaczenia. Często mówi się, że rutyna oznacza nudę czy stagnację, a dla mnie jest dokładnie odwrotnie — to droga prowadząca do rozwoju i sukcesu. Bruce Lee powiedział kiedyś: „Nie boję się człowieka, który zna tysiąc kopnięć. Boję się tego, który tysiąc razy trenował jedno kopnięcie”. Ta myśl jest mi szczególnie bliska. Wierzę, że powtarzalność pewnych działań to jedyna skuteczna metoda osiągania mistrzostwa — niezależnie od dziedziny życia. Przy okazji kształtuje charakter, uczy konsekwencji i cierpliwości.

U mnie ta systematyczność ma ogromne znaczenie i jest obecna każdego dnia — czy dotyczy to treningu fizycznego, ćwiczenia gry na gitarze, czy zwyczajnych codziennych czynności. Można by powiedzieć, że jestem w tym przewidywalny, a nawet nudny — ale właśnie ta przewidywalność daje mi spokój i poczucie kontroli.

Pracuję w systemie dwóch tygodni wyjazdu i tygodnia w domu, dlatego szczególnie cenię sobie uporządkowanie czasu, kiedy wracam. Mój dzień zaczyna się zwykle od zimnego prysznica, potem jem śniadanie — najczęściej jajecznicę — następnie godzinę ćwiczę na gitarze i idę na siłownię. Po powrocie jem posiłek, pozwalam sobie na chwilę odpoczynku przy muzyce relaksacyjnej, a później piszę albo czytam. Wieczorem wychodzę z narzeczoną na spacer — to czas na długie rozmowy i bycie razem. Latem do tej codzienności dochodzi jeszcze rower.

Są też drobne rytuały, które z zewnątrz mogą wydawać się nieistotne, a dla mnie mają duże znaczenie: modlitwa, słuchanie włoskich i angielskich rozmówek, by nie stracić kontaktu z językami, czy inne małe nawyki, które składają się na poczucie, że panuję nad własnym życiem. Systematyczność — zgodnie z zasadą, że kropla drąży skałę — ma ogromną moc sprawczą, ale też buduje moje poczucie własnej wartości, bo wiem, że jestem konsekwentny i dotrzymuję słowa danego samemu sobie.

Dotyczy to również pracy nad sobą i wychodzenia ze strefy komfortu. Jestem wolny od używek, hazard jest mi obojętny. Ostatnio zrezygnowałem też na jakiś czas ze słodyczy, bo uświadomiłem sobie, że stały się moją słabością — sięgałem po nie w stresie. Pojawił się bunt i ambicja, by udowodnić sobie, że potrafię być ponad to. Nie mam wpływu na wszystko, co dzieje się na świecie, ale mogę panować nad własnymi nawykami i słabościami — a to daje ogromne poczucie wolności.

Im więcej potrafię sobie odmówić i im więcej codziennych punktów z listy zadań odhaczę, tym większą czuję satysfakcję i wewnętrzną siłę. Dla mnie rutyna nie jest więzieniem — jest narzędziem. To moja recepta na dobre samopoczucie, spokój i poczucie sensu.

 Do kogo przede wszystkim kierujesz swoją książkę?

Kieruję tę książkę do każdego — niezależnie od wieku czy płci. To opowieść uniwersalna, po którą może sięgnąć zarówno ktoś młody, jak i dojrzały czytelnik. Sam uwielbiam czytać w podróży — w samolocie, w pociągu, w drodze z punktu A do punktu B. Właśnie wtedy najchętniej zanurzam się w lekkiej beletrystyce, w świecie, który pozwala choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości i sprawia, że czas mija szybciej i przyjemniej. Chciałem, aby moja książka miała dokładnie taki charakter — by czytało się ją z lekkością, ale żeby pod tą lekkością kryło się coś więcej.

Rozmawiała: Ilona Adamska

Zarowka pomysl

Książka do nabycia na stronie:

https://www.ikmag.pl/produkt/nie-zawiedz-mnie/

  • 91
  • 0